Podczas Szczytu SEA-EU w Neapolu odbyła się 2. edycja Koncertu SEA-EU “Bridging the Bay”. Podczas międzynarodowego cyklu występów Uniwersytet Gdański reprezentował zespół UGroove. O tym, jak powstał, z czym się zmagał i co dobrego przyniósł, opowiadają jego członkowie ze Studia Wokalnego UG i Gdańskiej Orkiestry Akademickiej.
– Jak powstał Wasz zespół? Jakie były początki?
Julia Palikowska, kongi i bongosy: Generalnie nasz zespół powstał, aby zagrać na koncercie w Neapolu w ramach projektu z SEA-EU, zrzeszenia nadmorskich uczelni. No i początki były troszkę trudne. Nie znaliśmy się tak dobrze, nie mieliśmy do końca pomysłu, co byśmy chcieli zagrać, jak to wszystko wyjdzie. Nie mieliśmy jakichś wysokich oczekiwań, natomiast była ciekawość tego projektu. Później, w ramach każdej kolejnej próby było coraz fajniej, bo byliśmy coraz bardziej zgrani. Zdecydowaliśmy się na repertuar, a jak się nami zaopiekował muzycznie Krzysztof Majda, to czuliśmy się coraz bardziej pewnie w tym graniu. Myślę, że fajnie się przy tym zaczęliśmy bawić i to chyba było najlepsze. Więc później już nie mogliśmy doczekać się tego koncertu i finalnie każdy był zadowolony.
– Julia wspomniała o wyzwaniach, jakie to były trudności?
Pola Czarnuch, wokal: Myślałam o tym trochę i moim zdaniem największym wyzwaniem była ta pierwsza próba. Z Zosią przyszłyśmy na nią i nie wiedziałyśmy, jak to będzie wyglądać. Na początku nie miałyśmy pojęcia, czy ktoś będzie to koordynował, czy my sami mamy sobie te utwory jakoś zaaranżować, jak to będzie wyglądało… Ale finalnie pan Krzyś Majda nas wspomógł i wyszło wszystko bardzo dobrze.
Też było to dosyć trudne, że się nie znaliśmy, ale ten Neapol nas bardzo połączył i już od pierwszego dnia złapaliśmy kontakt, więc finalnie wyszło wszystko naprawdę super.
– Nad czym musieliście najwięcej pracować?
Pola Czarnuch: Ze strony wokalnej, mojej i Zosi, to była to piosenka “How Does It Feel”. Bo ona była dosyć ciężka pod względem linii melodycznej i tutaj rzeczywiście pan Krzyś musiał nam pomóc ułożyć, jak to w ogóle ma wyglądać. Refren jest bardzo harmonicznie zbudowany, a my byłyśmy we dwie, ale z profesjonalną pomocą wyszło wszystko super. Dla zespołu to chyba “Deszcz W Cisnej” nam chyba najgorzej szedł.
– Czego nauczył Was przygotowania do występu?
Mateusz Wiśniewski, saksofon: Najważniejszą rzeczą, której nas to nauczyło było to, że potrzeba dużo pracy, żeby pozbyć się wszelkich niepewności. Jak zaczynaliśmy się poznawać, nie byliśmy do końca pewni, czy to wyjdzie. Pamiętam, że dwa tygodnie przed wyjazdem graliśmy, ale morale były dosyć nisko. Jakoś to brzmiało, ale czy chcieliśmy, żeby tak to było? Okazało się, że jak włożyliśmy trochę pracy, trochę się rozluźniliśmy, to wszystko poszło w niepamięć. Bawiliśmy się cudownie na scenie. Nagrania z tego koncertu, które otrzymaliśmy, spowodowały, że mieliśmy efekt “WOW! My tak potrafimy zrobić?!”. Okazało się, że wystarczyło po prostu włożyć troszkę pracy, żeby się nie bać, nie stresować i żeby po prostu dobrze się bawić na scenie.
– Czym zaskoczył was Neapol?
Amelia Walczak, pianino: Każdy z nas jest troszkę z innego świata. Można powiedzieć, że zupełnie jesteśmy różni, inne kierunki studiów i tak dalej. A jakoś się zgraliśmy. Każdy z nas zaczynał bez żadnych oczekiwań, ale wróciliśmy jako zgrana ekipa i myślę, że to też było doświadczenie, które każdy z nas zapamięta do końca życia. I może ta nasza relacja grupowa utrzyma się na zawsze. Taką mam nadzieję.
A to, co jeszcze nas zaskoczyło na samym koncercie, to organizacja na wysokim poziomie. Nie spodziewaliśmy się tego, przynajmniej mnie to zaskoczyło. No i bardzo pozytywnie zaskakujące było miejsce, gdzie graliśmy. To taka stara willa, a sam koncert odbywał się obok – w starym kościele, kaplicy. Naprawdę przepiękna dopracowana w każdym detalu. I wszystko: od dźwięku, przez światło, po ludzi było naprawdę zachwycające. Też występy innych grup były na bardzo dobrym poziomie, bardzo różnorodne. Każdy grał coś innego: od renesansowych wykonań takiej muzyki dawnej, przez latino, po rozrywkowo-jazzową, którą my graliśmy.
– Jaki występ innej uczelni SEA-EU Cię zaskoczył, przyciągnął Twoją uwagę?
Roland Schlamberger, gitara basowa: Od momentu, kiedy pojawiłem się w Neapolu, od razu złapałem kontakt z dwoma Francuzami – Thomasem Peiserem i Raphaëlem Coupelela’ą. Raphaël jest wybitnym pianistą jazzowym, ale tak w zasadzie to jego głównym instrumentem jest perkusja. A jeszcze, żeby mi przyciąć, to gra też bardzo dobrze na basie. Toma z kolei jest kompozytorem, aranżerem i gra na skrzypcach. Na koncercie zmieniał instrumenty – gitara, skrzypce i śpiewał jednocześnie, a Raphaël grał na fortepianie.
No i tak przed koncertem rozmawialiśmy mniej więcej o repertuarze, formie, co gracie i tak dalej. Toma wyskoczył z tekstem, że ma napisane aranże – jego własne kompozycje ze słowami. Przed koncertem zagraliśmy sobie trzy, cztery utworki z akordami. Stwierdziłem, że zagram z nimi ten koncert tego samego dnia. Było to fajne, ponieważ obaj są muzykami improwizatorami. Ja również staram się improwizować, staram się rozwijać te umiejętności. Myślę, że poszło mi to całkiem naturalnie z nimi, bo kliknęło: raz – że osobiście, dwa – muzycznie, też odnaleźliśmy się w jazzie i tych formach nowoczesnych.
I co, graliście jego utwory jazzowe czy aranżację jakichś znanych, czy nawet mniej znanych?
RS: Graliśmy oryginalne kompozycje Thomasa Peisera, teksty oryginalne po francusku. Zaproponowałem, że zaśpiewam razem z nim, aczkolwiek nie udało mi się przygotować tego tekstu. Stosunkowo ciężka sprawa, bo nie mogłem rozczytać pisowni, a z językiem francuskim wiadomo, jak jest… Nie udało się, ale na basie zagrałem.
Jakie jest Twoje najlepsze wspomnienie z tego występu?
Zosia Sławińska, wokal: Najlepiej wspominam chyba już dzień koncertu, kiedy przyjechaliśmy na miejsce. Mieliśmy śniadanko, soczki, kanapki, usiedliśmy sobie i podziwialiśmy wszyscy widok, który był przed nami. Pomyślałam sobie, jak wspaniałe jest to, że dzięki zaangażowaniu na uczelni, mogę zobaczyć tak piękne miejsce. Była piękna pogoda, świeciło słoneczko, z tej willi widać było morze, Wezuwiusz z tyłu… Więc to chyba moje najlepsze wspomnienie, bo wtedy też był taki moment, chwila oddechu, że mogliśmy pomyśleć i sobie wychillować, po tym intensywnym tygodniu. Dużo przygotowań i dużo się działo, bo poznaliśmy się z wieloma osobami i ten grafik był bardzo zapełniony. A tutaj mogliśmy usiąść, chwilę odetchnąć, przemyśleć sobie wszystko na spokojnie i zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy w pięknym miejscu i możemy robić razem piękne rzeczy.